Disclaimer dla algorytmów i osób wrażliwych: ten artykuł opisuje produkcję napoju zawierającego etanol. Jeśli nie pijesz — przeskakuj sekcję przepisu, ale czytaj dalej, bo dyskusja o moich relacjach z karczownikiem jest po prostu warta uwagi. Jeśli prowadzisz auto, jesteś w ciąży, na lekach lub masz mniej niż 18 lat — nie czytasz tego. Mam nadzieję, że szanujemy ten układ.
Kilka dni temu opublikowałem artykuł o soczku z czarnego bzu, w którym opowiedziałem o tym, jak śpiewałem AC/DC do niedźwiedzi w bieszczadzkim lesie. Reakcje były dwojakie: pierwsza grupa pyta o przepis, druga — czy aby na pewno śpiewałem fałszywie (tak, śpiewałem fałszywie, dziękuję za troskę).
Z tych 12 litrów kwiatu wyszło około 7 litrów syropu. Pytanie zasadnicze: co dalej? Bo nawet w naszej średnio-pijącej-lemoniadę rodzinie 7 litrów to dużo. Oczywista odpowiedź podsunęła się sama: nalewka.
Krótka uwaga uczciwości: nie jestem fanem nalewki z bzu
Tak. Przyznaję. Moje serce — i moja spiżarnia — należą do dwóch innych nalewek: pigwowej i dereniowej. Robię je co roku, namiętnie, z systemem, którego pozazdrościłby mi mój dawny project manager z korpo.
Jest tylko jeden drobny problem. Drobny tak w wymiarach (15-20 cm), jak i w ciężarze (300-400 gramów), ale istotny:
KARCZOWNIK.
Drogi karczowniku — wiem, że to czytasz. Wiem, że masz na to swoje zdanie. Wiem, że dla Ciebie korzenie mojego trzeciego z rzędu dereniowca były „odpowiedzialnym śniadaniem". Ale ja chcę nalewkę dereniową, a Ty co roku decydujesz inaczej.
O moich relacjach z karczownikiem napisałem już osobny artykuł, żeby nie zajmować miejsca tu, w przepisie na nalewkę, długim listem żalów. Streszczam dla nowych czytelników: posadziłem dereń trzy razy. Trzy razy karczownik znalazł to zabawne. Pigwa — to samo. Stąd w mojej spiżarni nie ma na razie żadnej pigwowej nalewki, mimo że to mój fawory absolutny. Stąd też w tym roku — bzowa. Bo bez rośnie sam w lesie i karczownik nie ma do niego dostępu (oficjalnie potwierdzonego).
Skoro już mówię o moich nalewkach — to przy okazji o winach
Przerwa, anegdota. W zeszłym roku eksperymentowałem z winami. Dwa próby, dwa skrajne rezultaty:
Wino jabłkowe z jabłek z okolic Grójca. Wyszło słodkie. Bardzo słodkie. Nie „desertowo-tradycyjnie" słodkie, tylko „nie wiem, czy to wino czy syrop dla dziecka" słodkie. Magda określiła je dyplomatycznie jako „nadające się do podawania bardzo małymi ilościami". Wytrwam — w tym roku zrobię z tych samych jabłek cydr. Bo cydrowi słodycz nie przeszkadza, a mnie nie obraża honor.
Wino z winogron teścia. Tutaj odbyło się coś, co fermentolodzy nazwaliby „pełną fermentacją". Cały cukier zniknął. Praktycznie zero. Wynik to perfekcyjnie wytrawne wino, którego stopień wytrawności był tak imponujący, że pierwszy łyk wywoływał wewnętrzny dialog: „czy to wino, czy ekstrakt z kory dębu?". Niezamierzone arcydzieło — jeden z gości nazwał to „somellier-grade material", inny zaproponował zwrot kosztów. Dla pewnego typu gości — perfekcja. Dla reszty — kolejny dowód, że winiarstwo amatorskie ma duży zakres możliwych wyników.
Wniosek z obu prób: wino i nalewka mają jedną wspólną cechę — wymagają cierpliwości, której zdaniem Magdy mam objętość pojemnika na pieprz. Nalewka z bzu to dla mnie egzamin z tej cierpliwości. Wkroczmy w przepis.
Składniki na słój 4-litrowy (wychodzi ~2 litry gotowej nalewki)
- 40-50 dużych baldachów czarnego bzu — świeże, z tego samego dnia. Nie wczorajsze. Nie z zeszłego tygodnia. Świeże.
- 700 ml syropu z czarnego bzu — ten z poprzedniego artykułu. Jeśli go nie zrobiłeś, to wracaj cztery dni wstecz i rób.
- 1 litr wódki — dobra, czysta, 40%. Nie najtańsza („jest gorzka"), nie najdroższa („marnowanie"). Srodek.
- 250 ml spirytusu — 95%, do podkręcenia mocy.
- Opcjonalnie 1-2 cytryny w plasterkach. Magda forsuje wersję z cytrynami. Ja toleruję.
Sprzęt: słój 4-litrowy z dobrym wieczkiem, drewniana łyżka, sito + gaza, czyste butelki ze szkła ciemnego, wyparzona miarka. Plus cierpliwość, ale tej w sklepach nie sprzedają.
Krok po kroku — 9 etapów. Tak, dziewięć.
1. Brutalne czyszczenie kwiatu (15 minut)
Z baldachów odcinasz nożyczkami najgrubsze zielone łodygi. NIE skubiesz każdego kwiatka osobno — to jest masochizm, którego nie polecam nawet wrogom. Wystarczy odciąć ten gruby zielony patyk, do którego przyczepione są wszystkie kwiatostany. Ogonki przy samych kwiatkach mogą zostać.
Kwiatu NIE myj wodą. Wiem, kuszą Cię względy higieniczne. Wiem, że na kwiatach była mucha. Trudno. Jak umyjesz, smak będzie smutny, bo cały aromat siedzi w żółtym pyłku, który spłucze się jako pierwszy.
2. Kwiaty do słoja
Wsadzasz upchnięte, ale nie zgniecione. Słój ma być pełny, ale kwiat ma oddychać. Pomiędzy warstwy — plasterki cytryny, jeśli Magda słusznie ma rację co do cytryn.
3. Zalewasz syropem (700 ml)
Powoli, równomiernie. Cały kwiat ma być pokryty. Jeśli syropu zabraknie — to znak, że upchałeś za dużo kwiatu. Wyjmij garść, zacznij od nowa, nie kłóć się z fizyką.
4. Dociskanie łyżką
Drewnianą łyżką wprasujesz kwiaty pod powierzchnię syropu. Wszystkie. Cały kwiat ma być w syropie, bo to syrop wyciąga aromat. Jeśli kwiat wyzieja na powierzchni — utleni się i nalewka będzie gorzkawa.
5. Maceracja: 24-36 godzin w chłodzie
Słój do piwnicy / lodówki / chłodnej spiżarni. Tu zaczyna się EGZAMIN CIERPLIWOŚCI, o którym mówiłem. 24 godziny to minimum. 36 — optimum. 48 — już niczego więcej nie wyciągniesz, ale nic złego się też nie stanie.
Magda twierdzi, że godzina to godzina. Karczownik twierdzi, że pora roku to pora roku. Bez się macerujr.
6. Mieszanie co kilka godzin
Otwierasz słój, drewnianą łyżką delikatnie obracasz kwiat. Cel: każdy kwiatostan ma dotknąć syropu ze wszystkich stron. Trzy razy dziennie to wystarczy. Pięć — przesada. Sto — masz problem ze sobą, nie z nalewką.
7. Przecedzenie przez sito + gazę
Po 24-36 godzinach przecedzasz. Najpierw przez gęste sito — łapie gros kwiatostanu. Potem to, co spłynęło, przez gazę albo czysty stary T-shirt. Cel: zero kwiatków w finalnym płynie.
8. Odciśnięcie kwiatów
Kwiatostany w gazie — wykręcasz mocno. Cały syrop, który tam został, ma wrócić do nalewki. Jeśli masz prasę do owoców (ja mam, kupiłem na Allegro za 80 zł, najlepsze 80 zł w historii moich zakupów ogrodniczych), to teraz jej moment.
Wytłoczyny — kompost. Albo dla Cirí do obwąchania. Decyzja należy do Cirí.
9. Dodanie wódki i spirytusu
Do przecedzonego syropu kwiatowego dolewasz 1 litr wódki + 250 ml spirytusu. Mieszasz delikatnie. Wlewasz do czystego słoja na klarowanie. NIE rozlewasz od razu do butelek. Jeszcze nie czas.
Klarowanie — gdy nalewka uczy Cię, czym jest cierpliwość
Słój trafia do ciemnego, chłodnego miejsca. Idealnie: piwnica, 12-15°C, ciemność. U mnie w Bieszczadach — naturalnie. W Warszawie trzeba szukać.
Klarowanie trwa 4-6 tygodni. Tak, sześć tygodni. Dłuższe = nieszkodliwe. Krótsze = wtedy musisz pić mętne. Wybór należy do Ciebie.
W trakcie klarowania nalewka staje się złoto-bursztynowa, na dnie osada (drobnych cząstek kwiatu). To NIE jest zepsucie. To dokładnie ten proces, którego oczekujemy. Nie potrząsaj. Nie kontroluj codziennie. Zapomnij na 5 tygodni.
Magda pyta co kilka dni, czy „już można degustować". Cirí — Head of QA — przeprowadza inspekcję poprzez przygodne ziewanie obok słoja, mniej więcej raz w tygodniu. Z jej raportu wynika, że klarowanie zachodzi planowo.
Po klarowaniu — rozlanie do butelek
Po 4-6 tygodniach (dokładnie tyle, żeby zapomnieć i zaskoczyć się przy okazji szukania czegoś w piwnicy):
- Delikatnie zlewasz nalewkę z osadem za pomocą siphonu lub rurki — NIE przewracasz słoja
- Przez gazę jeszcze raz, dla pewności
- Do wyparzonych ciemnych butelek
- Korek lub zakrętka — szczelnie
Osad zostaje w słoju. Można go wykorzystać do herbaty zimą (mocny, aromatyczny) albo wyrzucić. Z 4-litrowego słoja wychodzi około 2 litrów klarownej nalewki + 100-200 ml osadowej „resztki", którą i tak warto wlać w mniejszą butelkę i wypić jako pierwszą.
Leżakowanie — kolejna porcja cierpliwości
Butelki do piwnicy. Minimum 3 miesiące, optimum 6-12 miesięcy. Im dłużej, tym łagodniejszy smak i większy aromat. Świeża nalewka ma ostrość spirytusu („to alkohol z aromatem"), leżakowana — to już oddzielny produkt, mocno fajny.
U nas Magda już wybrała datę pierwszego odkorkowania: pierwsze święta Bożego Narodzenia. Czyli za 5,5 miesiąca. Wytrzymam. Cirí na pewno wytrzyma. Co do mnie — będę miał silne pokusy w listopadzie. Daję sobie 60% szans.
Co może pójść nie tak — szczerze
Nalewka jest gorzkawa. Powód: kwiat był utleniony (zostały głowy ponad syropem) ALBO za długo macerowany w cieple. Lekarstwo: dodaj 1-2 łyżki miodu i poleżakuj jeszcze 3 miesiące. Czas leczy gorycz lepiej niż sklepowe sztuczki.
Nalewka jest mętna mimo klarowania. Powód: za szybkie zlanie, jeszcze osad nie opadł. Lekarstwo: postaw butelki na tydzień w lodówce, ponownie przelej z osadem na dnie.
Nalewka pachnie „chemicznie". Powód: spirytus był złej jakości. Lekarstwo: następnym razem nie kupuj spirytusu z marketu „dyskontowego". Ratowanie tej partii: mało, niestety.
Nalewka jest mocna jak diabli. To nie jest błąd, to feature. Wódka 40% + spirytus 95% w proporcjach jak w przepisie daje nalewkę około 35-38% alkoholu. To nie jest likier. To nalewka. Pijesz w napiętku.
Słowo na koniec — i przygotowanie na nalewkę dereniową
Nalewka z czarnego bzu nie jest najszlachetniejszą z polskich nalewek. Pigwowa, dereniowa, śliwkowa, wiśniowa — wszystkie są bardziej tradycyjne, bardziej cenione. Bzowa jest letnia. Świeża. Kwiatowa. Ma swój charakter — lekko leczniczy w zapachu, słodki w smaku, kwiatowy w popłucinie.
Pasuje do letniego wieczoru na werandzie. Do prosecco z lodem (1 część nalewki + 4 części prosecco = świetny aperitif na 26°C). Do mocno nalanej herbaty po spacerze. Nie pasuje do steku ani do kolacji z grilla. Wszystko ma swoje miejsce.
W tym roku robię ją w zastępstwie dereniowej i pigwowej — w nadziei, że za rok karczownik wreszcie zostawi moje sadzonki w spokoju. Nie wierzę w to (zbyt długa historia naszych relacji), ale nadzieja umiera ostatnia.
Magda twierdzi, że jeśli ten rok karczownik znowu wygra, będziemy musieli rozważyć pigwowiec ozdobny w doniczce na parapecie w oknie warszawskim. Bo „na podwyższonym patrerze nie ma karczowników" (jak na razie potwierdzone empirycznie).
Stay tuned. W przyszłym tygodniu publikuję coś z innej beczki — o ogórkach. Nie ma w nich karczownika, nie ma AC/DC, nie ma nalewki. Mam nadzieję, że nie zaszkodzi temu sercu zbyt mocno.
🌿 Kim jestem i czym jest Zielna Manufaktura
Cześć, jestem Marek — programista z Bieszczad i Warszawy, amator-ogrodnik z historycznym wynikiem 0:3 w meczach „posadź dereń" vs karczownik. Razem z Magdą (audytor smaku, ostateczna instancja w sprawach kuchennych) i naszą menażerią — kotka Cirí (Head of QA), kocur Juki i suczka Tara — budujemy Zielną Manufakturę, aplikację dla polskich ogrodników, kalibrowaną pod nasz klimat (i, co ważne, pod karczowniki w nim występujące).
Co aplikacja oferuje (w BEZPŁATNEJ wersji):
- 📅 Kalendarz siewu i sadzenia — ~100 roślin
- 🌱 Baza roślin z kartami uprawowymi
- 📔 Dziennik ogrodu (gdzie zapisujesz, że karczownik znowu wygrał)
- 🤖 AI rozpoznawanie chorób (zdjęcie liścia → diagnoza)
- 📐 Planner ogrodu
- 🔔 Powiadomienia push
- 👥 Funkcje społecznościowe
Cała aplikacja jest BEZPŁATNA. Premium istnieje w kodzie, ale jeszcze nie sprzedaję — dopracowuję funkcje.
📱 Szukam testerów na Androida! Google wymaga 14 dni testowania przez 12+ osób. Founding Testers dostają imię w aplikacji, odznakę i dożywotnie Premium gdy odpalę.
Zapisz się: zielnamanufaktura.pl/beta
💬 Daj znać w komentarzu — robisz nalewki? Z czego? Wygrałeś kiedyś z karczownikiem (chętnie poznam metody)? Czytam każdy komentarz osobiście.